Poniższy artykuł ukazał się w 69. numerze American Luthiere, oficjalnego czasopisma Gildii Lutników Amerykańskich, a jego autorem jest lutnik z ponad trzydziestoletnim doświadczeniem. Publikujemy go za zgodą autora, jako drugą część dwugłosu o drewnie stosowanym do budowy ukulele. Temat ten sam, a podejście i wnioski radykalnie odmienne. O ile zasadnicza część tekstu odnosi się do zagadnień interesujących raczej lutników niż grajków, o tyle polecamy bardzo zapoznanie się z wprowadzeniem i wnioskami. Warto mieć je na uwadze, gdy będziecie zastanawiać się, czy ukulele ze świętego tysiącletniego lapońskiego dębu, ścinanego złotą siekiera o pełni księżyca jest na pewno warte zainwestowanych pieniędzy.

Heretycki przewodnik po drewnie lutniczym

Dlaczego w ogóle potrzebujemy alternatywnego drewna lutniczego? Doskonałe pytanie, a odpowiedź brzmi – nie potrzebujemy. Mahoń, klon i palisander służą nam dobrze od stuleci. Wiemy, czego się po nich spodziewać, a nasi klienci mają do tych materiałów zaufanie i chętnie za nie zapłacą. Po co więc szukać dalej?

Przede wszystkim, przynajmniej w kontekście gitary akustycznej, odrzućmy twierdzenie, że z niektórych gatunków drewna powstaną dobre instrumenty, a z innych nie. Pojęcie „drewna lutniczego” to bzdura.

Spośród wielu rzeczy, które możesz zrobić gitarze i wciąż nazywać ten instrument gitarą, zmiana gatunku drewna będzie miała najmniejszy wpływ na barwę dźwięku. Różnica w brzmieniu pomiędzy gitarą z mahoniu i palisandru nie jest większa, niż między dwiema gitarami z tego samego materiału. Czy potrafisz rozróżnić materiał, z którego zbudowano instrument, słuchając nieznanego nagrania? Nie znam nikogo, kto twierdzi, że potrafi. Podczas ślepych odsłuchów, w których uczestniczyłem, nikt nie był w stanie tego zrobić.

Gitara brzmi jak gitara. Nieważne, jak niestandardowo czy niedbale ją wykonano, z pewnością nie pomylisz naturalnego dźwięku gitary akustycznej z banjo, mandoliną, bębnem czy fletem poprzecznym. Oczywiście, nie wszystkie brzmią tak samo. Ale nawet jeśli dla nas jest to różnica klasy „niebo a ziemia”, to nie będzie z pewnością tak duża, że jeden z instrumentów zupełnie przestanie brzmieć jak gitara. Możemy bardziej lubić jedno brzmienie lub drugie, ale nie pomylimy się. (artykuł w całości odnosi się do gitar, ale mimo tego dla ukistów powinien być równie interesujący - przyp. tłum.).

Brzmienie instrument leży przede wszystkim w rękach rzemieślnika, który go zbudował, a nie w budulcu. Gdy wraz z doświadczeniem lutnika zwiększają się jego umiejętności, rośnie jakość instrumentów, a zmniejsza się różnica w brzmieniu pomiędzy dwoma egzemplarzami. Co ciekawe, nie tylko zmniejsza się wtedy liczba instrumentów złych, ale również trudniejsze się staje zbudowanie przypadkiem takiego, który wyróżnia się zdecydowanie na plus. Zauważyłem to dawno temu budując cymbały górskie, a później potwierdziło się to również przy moich gitarach.

Psychoakustyka ma przy tym tak ogromne znaczenie przy ocenie brzmienia, że niezwykle trudno zrobić to w obiektywny sposób (myślę, że nazywa się to psychoakustyką dlatego, że zajmując się tym zbyt długo zostaniesz psycholem). Słyszymy to, co widzimy, czego oczekujemy, czego nas nauczono, że powinniśmy słyszeć, a często to, na co mamy nadzieję, że usłyszymy. Wielu lutników i muzyków spędziło setki godzin i wydało góry pieniędzy, by zdobyć wiedzę o brzmieniu poszczególnych gatunków drewna. Spory w tym temacie mają więc dla nich całkiem wysoką stawkę. Oni naprawdę potrzebują, by ta cała lutnicza mitologia była prawdziwa, a kategorycznie sprzeciwiają się podejrzeniom, jakoby mogła okazać się blagą. Skutkiem tego bardzo trudno jest odważnemu lutnikowi budować i sprzedawać instrumenty, które nie są zbudowane z powszechnie uznanych za „dobrze brzmiące” gatunków drewna.

A zatem, jeżeli gatunek drewna nie ma wprawdzie znaczenia, ale za to za instrument zbudowane z alternatywnych materiałów nie dostaniemy dobrych pieniędzy, to po co zawracać sobie nimi głowę?

Lubię je, gdyż potrzebuję czasem jakiejś odmiany w życiu i w pracy, a ciekawość to często mocniejsza motywacja, niż pieniądze. Wypróbowałem w swoim warsztacie więcej niestandardowych gatunków drewna, niż ktokolwiek, kogo znam, co pozwoliło mi wyciągnąć wnioski zaprezentowane w niniejszym tekście. Oprócz tego, lubię, kiedy moje osobiste instrumenty są tak wyjątkowe, jak to tylko możliwe, niezależnie od tego, co sądzą o nich inni.

Alternatywne gatunki drewna są przy tym zwykle tańsze i bardziej dostępne, co może być ważne dla początkujących lutników. Będą też prawdopodobnie wchodzić do powszechniejszego użycia wraz ze zwiększającymi się problemami z dostępnością gatunków standardowych, tak, jak to się stało z brazylijskim palisandrem. Kiedy twoje ulubione alternatywne drewno zostanie jednak „oficjalnie” zaakceptowane przez branżę, zauważysz dramatyczny wzrost cen, gdy dostawcy zaczną skupować i przechowywać zapasy.

Tradycyjne materiały

Opiszę teraz pokrótce swoje doświadczenia z kilkoma standardowymi gatunkami drewna, zanim przejdę do omówienia alternatyw. Powinno to pozwolić wam odnieść moje obserwacje do swojego doświadczenia ze znanymi wam materiałami, by lepiej zrozumieć, co napiszę później o gatunkach, z którymi mogliście się jeszcze nie zetknąć.

Mahoń to idealne drewno do pracy. Starsi stażem lutnicy twierdzą, że współcześnie jego jakość nie jest już taka, jak kiedyś, i nie mam wyjścia, jak uwierzyć im na słowo. Jego twardość i gęstość jest bardzo zróżnicowana, drewno z jednej dostawy bywa znacznie cięższe i sztywniejsze, niż z innej. Rysunek jest raczej jednolity, ale ładny. Kawałki z wyraźniejszym usłojeniem są piękniejsze, ale mają tendencję do drobnych pęknięć przy wyginaniu, choć niemal zawsze dają się one wyszlifować bez wpływu na całość konstrukcji. Mahoń z prostym usłojeniem daje się formować w ciasne łuki w przewidywalny sposób. Łatwo usuwa się z mahoniu ślady po narzędziach i zadrapania od papieru ściernego. Idealne drewno.

Niektóre gatunki są łatwiejsze w obróbce, niż inne. Dla lutnika podstawową kwestią jest łatwość gięcia boków instrumentu. Najtaniej robi się to ręcznie, a najłatwiej nauczyć się tego procesu na mahoniu. Niektórzy twierdzą, że w ten sposób najlepiej „dogadują się” z drewnem, choć osobiście nigdy nie wydawało mi się, by drewno miało mi coś ciekawego do powiedzenia. Kilka prostych form, zacisków i koc grzewczy z termostatem usuwają wiele stresów powodowanych przez proces gięcia, zarówno w drewnie, jak i u lutnika. Ciasne wycięcia wymagają już użycia profesjonalnej wyginarki.

Indyjski palisander jest znacznie twardszy, cięższy i mocniejszy od mahoniu. Rzadko ma wyraźny rysunek, ale jesteśmy tak przyzwyczajeni do widoku instrumentów z tego drewna, że wygląda po prostu właściwie. Szlifowanie wymaga sporo wysiłku. Jest również niezwykle odporny na wyginanie. Kiedyś wygiąłem bok gitary z tego drewna w bardzo ciasne wycięcie, a zapomniałem podłączyć koca grzewczego. Po wyjęciu ze stelaża drewno po prostu wróciło do poprzedniego kształtu bez żadnych pęknięć – moim zdaniem żadne inne nie wytrzymałoby takiego zabiegu.

Brazylijski palisander to najbardziej wymagające drewno, z jakim pracowałem. Lubi się wypaczyć jeszcze leżąc na półce, a po rozpoczęciu gięcia można spodziewać się po nim wszystkiego. Czasem trzeba cały bok wyrzucić do kosza, gdyż powstałe pęknięcia trzeba by wyszlifować w zasadzie na wylot. Można by się tego spodziewać po współczesnych, ograniczonych dostawach, ale drewno kupowane przeze mnie trzydzieści lat temu zachowywało się tak samo. Instrument z tego drewna potrafi pękać bez żadnego konkretnego powodu. Gdyby nie wysokie ceny, jakich można żądać za takie instrumenty, nikt by tego cholerstwa nie używał. Zdecydowanie przeceniane.

Klon - lutnicy zajmujący się innymi instrumentami są pewnie wdzięczni, że bardzo niewiele gitar buduje się z niego, dzięki czemu spory zapas zostaje dla nich. Przypadek klonu doskonale ilustruje moją opinię o wpływie drewna na brzmienie. Poszczególne rodzaje dramatycznie różnią się właściwościami – klon może być twardy jak palisander i bardzo odporny na szlifowanie, lub miękki jak mahoń. Pomimo tego, gitarzyści wierzą i słyszą, że każda gitara klonowa brzmi tak samo.

Może nie być łatwo sprzedać klonowy instrument, jeśli nie jest w kształcie „Gibson Jumbo”. Za to często można dostać bardzo ładny materiał ze zwykłego składu drewna, przez co kosztuje grosze. Klon kupiony od dostawcy zaopatrującego lutników będzie wielokrotnie droższy, ale za to na życzenie zostanie pocięty i precyzyjnie wyszlifowany do interesującej cię grubości.

Alternatywy

A oto lista mniej tradycyjnych propozycji. W żadnym razie nie jest wyczerpująca, to po prostu zestaw gatunków drewna, z których budowałem instrumenty, i moich spostrzeżeń na ich temat.

Jesion przez wielu uważany jest za doskonałe drzewo opałowe, i nic więcej. Producenci rakiet śnieżnych i kijów do Lacrosse wiedzą lepiej. W lutnictwie używany do gitar elektrycznych, ale łatwość wyginania powoduje, że świetnie nadaje się również do akustycznych instrumentów. Jesion jest twardszy i sztywniejszy od mahoniu. Ma liczne i głębokie pory, podobnie do dębu. Świeżo cięty jest jasnokremowego koloru, ale szybko ciemnieje. Dobrze się barwi, a kontrastowe wypełnienie porów poprawia generalnie nudny rysunek, choć zdarzają się odmiany „kręcone” czy „płomieniste”. Znany z wielu gitar Fendera, wykańczanych na efekt „sunburst”.

Australijska akacja to bliski kuzyn popularnego (zwłaszcza w ukulele! - przyp. tłum.) drewna Koa, a bywa od niego lepszy. Australijska odmiana jest tańsza, wygląda bardzo podobnie, choć paletę barw może mieć nieco uboższą. Po wykończeniu prawie od Koa nieodróżnialna, choć struktura słojów jest nieco drobniejsza, a pory są mniejsze. W obróbce ma mniejszą tendencję do pękania i rwania się włókien, choć wciąż może sprawiać problemy – po prostu przy oryginalnym Koa jest jeszcze gorzej. Odmiany „kręcone” również mają tendencję do pękania przy gięciu. Doświadczenie wskazuje, że odporniejsze są kawałki cięte prosto, niż ćwiartkowo.

Generalnie wszystkie odmiany akacji, zwłaszcza z kręconymi włóknami, są bardzo niewygodne do wyginania i często pękają. Zbyt duża temperatura przy gięciu wysuszy drewno i spowoduje, że stanie się ono niebezpiecznie kruche.

Brzoza to drewno, którego używałem w dużych ilościach w początkach swojej pracy w zawodzie. Było to po prostu najtańsze twarde drewno, jakie mogłem znaleźć w okolicznych składach. Wygląda, zachowuje się i obrabia bardzo podobnie do klonu, tylko w odmianach kręconych promień wygięcia włókien jest znacznie większy. Swego czasu Gibson budował z brzozy mandoliny, a obecnie większość ich posiadaczy myśli, że są one klonowe.

Dawno nic nie budowałem z brzozy, ale mam słabość do tego drewna. Klienci zwykle uważają je za gorsze od klonu, ale nie jest to prawda, więc jeśli trafi się ładny kawałek, warto wykorzystać. Prawdopodobnie będzie cięty prosto, ale nie należy się tego obawiać, brzoza jest mocna i zachowuje się stabilnie.

Czarna limba i korina pochodzą z tego samego drzewa, ale z różnych warstw pnia. Z tej drugiej budowano w latach pięćdziesiątych słynne Explorery i Flying V od Gibsona, do dzisiaj więc niektórzy uważają ją za najlepsze drzewo do gitar elektrycznych. Limba jest od koriny nieco twardsza, ale poza tym nie różni się bardzo.

Przypomina mahoń wagą, twardością i teksturą. Kolor jest jasno szary, przeplatany czarnym i jasnobrązowym, co czyni ją ciekawszą od mahoniu pod względem rysunku. Wiele desek, które kupiłem, miało liczne dziurki po kornikach, ale były na tyle ładne, że po prostu je wypełniłem. Pory są na tyle niewielkie, że nie trzeba ich wypełniać. Nie wypacza się przy gięciu, pomimo faktu, że nie jest cięte ćwiartkowo.

Nie miałbym nic przeciwko, by na stałe zastąpić mahoń limbą. To afrykańskie drewno zresztą zyskuje ostatnio na popularności, więc nie jest wykluczone, że z czasem tak się stanie.

Bubinga to cudowne drewno pod wieloma względami. Twarde jak palisander, ale posiada drobniejszą fakturę, bez porów wymagających wypełniania. Łatwo się gnie i utrzymuje później kształt, a czerwonobrązowy kolor jest na tyle podobny do palisandru, by wyglądać znajomo. Na deser – jest tanie, nawet od dostawców wyspecjalizowanych w drewnie na instrumenty. Cięte prosto ma niesamowity rysunek, cięte w ćwiartki nieco bardziej zwykły, ale również śliczny. Bardzo lubię to drewno, zasługuje na więcej uwagi.

Haczyk? Nie sprzedasz gitary, jeżeli napiszesz na niej „ bubinga”. Nazwij ją “gitarą z afrykańskiego palisandru”, w zasadzie niepoprawnie, ale wtedy sprzeda się bez problemów.

Orzech szary, zwany także białym, jest bardziej miękki, i o mniej wyrazistym rysunku od czarnego. Nie jest tak naprawdę biały, lecz jasno brązowy. Nie spotkałem się nigdy z odpowiedniej wielkości kawałkiem ciętym ćwiartkowo, a szkoda – samo drzewo osiąga teoretycznie odpowiednią wielkość. Dobrze się gnie, ale uważaj z namaczaniem – pochłania więcej wody od innych materiałów. „Kłaczy” się przy szlifowaniu.

Wiśnia wygląda i obrabia się jak czerwonawy klon z przyjemnym zapachem. Trudno o deski cięte ćwiartkowo, ale i tak robi się z niej całkiem dobre, choć prosto wyglądające instrumenty. Razem z brzozą jest to drewno, na którym uczyłem się zawodu, gdyż były tanie i łatwo dostępne, ale potem zarzuciłem trochę ich stosowanie. Byłoby jednak niesprawiedliwe napisać, że z nich wyrosłem, co sugerowałoby, że jest to drewno w jakiś sposób gorsze.

Nie należy mylić walorów użytkowych z komercyjnymi. Wiśnia jest świetnym drewnem, ale orzech nieco łatwiej się obrabia, nie kosztuje wiele więcej, a zdecydowanie lepiej się sprzedaje. Wyjątkowo ładny kawałek wiśni mógłby odwrócić tę sytuację.

Honduraski palisander to drewno ekstremalne, a zarazem poniekąd wyjątek potwierdzający regułę. Jest to drzewo tak twarde i kruche, że rzeczywiście obiektywnie słychać wpływ materiału na wykonane z niego instrumenty. Gitary z tego drzewa mają zimny, szklisty dźwięk pozbawiony głębi, za to bardzo głośny.

Gitary to bardzo nieefektywne urządzenia – według wykładu Steve’a Kleina na zjeździe GAL w 2001 roku, tylko 4% energii szarpniętej struny zamienia się dźwięk. Dlatego też słyszalny wpływ drewna na barwę dźwięku występuje tylko w ekstremalnych przypadkach.

Drewno to potrzebuje nieco więcej ciepła, by dało się wygiąć. W moim zakładzie szlifujemy je na mniejszą grubość, niż standardowy palisander, aby zrekompensować większą wagę. Częste są, niestety, pęknięcia na powierzchni, które nie mają wprawdzie wpływu na wytrzymałość, ale z pewnością wyglądają źle i kwalifikują się do naprawy gwarancyjnej. Przyjmij zatem, że część instrumentów z tego materiału zawsze do ciebie wróci do poprawki.

Imbuya, zwana też brazylijskim orzechem, jest bardzo podobna do drewna orzechowego w obróbce. Główną różnicą jest pikantny zapach, który wydziela – na początku przyjemny, po jakimś czasie może dosłownie wyrzucić cię z warsztatu. Często ma ciekawy rysunek, a podstawowy kolor jest bardziej cynanomowy, niż orzechowy. Nie trzeba wypełniać w niej porów, a wygina się bez problemu.

Meranti to odmiana mahoniu, której niewielki zapas znalazł kiedyś Jeff Huss, i od tego czasu wciąż poszukuje większej ilości. Rysunek tego drewna pięknie wygląda, natomiast pod innymi względami jest to po prostu mahoń. Zanim skończył się nam zapas, pamiętam sporą ilość pękniętych kawałków przy gięciu ciasnych wycięć, ale było to zanim zmieniliśmy wyginarkę na subtelniejszą.

Mirta to kolejne drzewo, które przypomina klon, choć fakturę ma nieco wyraźniejszą. Podstawowy kolor jest słomkowy, ale istnieje mnóstwo wariacji. Myrta ma reputację niestabilnego drewna, o której jednak osobiście się jeszcze nie przekonałem. Drewno pierwszej klasy, nadające się do najlepszych instrumentów.

Dąb jest szorstki i porowaty, a wypełnienie tych porów nie jest łatwe. Jest za to bardzo łatwo dostępny, również cięty w ćwiartki. Jedyny mankament – instrumenty z dębu nieodparcie kojarzą się z meblami. Oprócz słojów ma również nieregularny, promienisty wzór, co razem całkiem interesująco wygląda. Dobrze się wygina. Twardość drewna różni się w obrębie tego samego kawałka, przez co mechaniczne szlifowanie pozostawia nieregularną, falistą grubość płyty, co trzeba korygować ręcznie. Rzadko używany do instrumentów, a gdzieniegdzie częsty za to w roli opału, stąd większość klientów jest zdumionych widząc dębową gitarę – szczególnie, jeśli posłuchają jej, zanim dowiedzą się, z czego jest zrobiona. Dla odważnych lutników jest to całkiem dobry materiał.

Paduak to afrykańskie drewno, z którego zrobiona jest moja osobista gitara. Miałem również z niego doskonałe, moje ulubione cymbały górskie, oraz mandolinę. Wydaje się, że to słaby wybór, ale ja jak dotąd miałem szczęście do tego drewna. Czerwonawy kolor wymaga natychmiastowego lakierowania po oszlifowaniu, jeśli nic chcesz, by utracił barwę. Drewno jest twarde, podobne do palisandru, ale bardziej kruche. Jak w wielu innych egzotycznych drewnach, zdarzają się w nim niepozorne pęknięcia, które rozsypią się zupełnie podczas gięcia – trzeba na to zwrócić uwagę kupując. Pory są na tyle głębokie, że mogą wymagać dwukrotnego wypełnienia. Paduak wydziela słodkawy zapach, a praca z nim powoduje czerwonawy katar. W sumie nienajlepsze drewno dla początkujących.

Sapele to drzewo z rodziny mahoniu, w związku z czym jest łatwo akceptowane przez klientów. Jest trochę ciemniejsze, nieco bardziej kruche i kosztuje podobnie. Zróżnicowany układ włókien w ramach jednego kawałka sprawia, że wygięcie i wyszlifowanie nie jest łatwym zadaniem. Prawie nie wydaje tonu przy opukiwaniu (opukiwanie to również blaga, ale nawet nie zaczynam tego tematu…). Po co zatem go używać? Bo świetnie wygląda i drogo się sprzedaje. Poza tym, jeśli ta trzeciorzędna afrykańska tektura daje się przerobić na dobrą gitarę – a tak właśnie jest, to wszystko inne również się nada.

Shedua – zrobiłem z niej tylko jedną gitarę, a było z nią tyle zamieszania, że chyba warto was ostrzec. Materiał był zbyt ładny, żeby się mu oprzeć – piękna płyta w cynamonowym kolorze, z płomienistym rysunkiem, ale nic nie wskazywało na to, jak koszmarnie trudno będzie się wyginać. Fakt, że nie miałem wtedy jeszcze wyginarki Foxa – gdyby ktoś próbował nią to drewno potraktować, dajcie znać. W każdym razie, gitara wyszła pięknie.

Sykomora – swego czasu duże drzewo przewróciło się na podwórku mojego warsztatu w New Jersey, dając odpowiednią ilość drewna na mnóstwo instrumentów. Cięta ćwiartkowo ukazuje piękny rysunek w różowym lub brązowym odcieniu na kremowej podstawie. Drewno jest miękkie i daje się ciąć nawet ręcznie. Nie ma porów, ale lepiej wygląda, jak się nie przesadza z wykończeniem. Obrabia się jak miękkie odmiany mahoniu, a powstające instrumenty są bardzo lekkie.

Nie należy mylić sykomory amerykańskiej z angielską. Cięta ćwiartkowo odmiana amerykańska jest ceniona w europie w stolarstwie, w Ameryce zaś zupełnie ignorowana. W zasadzie to prawie tektura, ale wciąż można z niej zrobić dobry instrument.

Orzech ma idealnie właściwy kolor na gitarę. Moim zdaniem, oczywiście. Gładkie drewno jest po prostu ładne, a deski z ciekawszym rysunkiem to mój ulubiony materiał. Doskonale się obrabia, gnie bez problemu (z wyjątkiem nieprzewidywalnych kawałków z kręconym rysunkiem), łatwo się wykańcza Odmiany Claro z Zachodniego Wybrzeża mają bardziej przewidywalny rysunek. Kiedyś pomagałem ściąć orzech angielski i dostałem połowę pnia w prezencie – ten z kolei miał delikatniejszą fakturę i płytsze pory, w kolorze kawy z mlekiem. To drewno nawet pachnie jak dobre perfumy. Zdecydowanie godne polecenia.

Sosna – nie żartuję. Eksperymentowałem z sosną, gdyż jest tania i zawsze dostępna. Nigdy mnie odważyłem się na sosnową gitarę, choć kiedyś zamierzam. Bob Benedetto zrobił za to kiedyś słynną sosnową gitarę jazzową, która brzmieniem nie odróżniała się od innych jego dzieł. To chyba najlepszy ze znanych mi dowodów, że to nie w drewnie, lecz w rękach lutnika leży dźwięk instrumentu. Mam również zrobione przez siebie sosnowe cymbały górskie, które zabieram na wakacje. Obdrapane i poplamione sprayami na komary, ale brzmią wciąż dobrze.

Zebrawood – zapach tego drewna na początku wywoływał u mnie mdłości, choć przyzwyczaiłem się z czasem. Większość drewna w sprzedaży jest cięta w ćwiartki, by lepiej pokazać charakterystyczny rysunek – ciemnobrązowe paski na słomkowym tle. Ten zresztą bywa tak regularny, że aż nudny. Zebra czasem pęka nieoczekiwanie z powodu trudno zauważalnych pęknięć. Drewno to jest ciężkie, twarde, ale kruche. Pory są bardzo duże, głębokie i pochłaniają mnóstwo szpachlówki.

Kiedyś pewien właściciel sklepu muzycznego kupił zebrowe pudło do gitary basowej, wykończył i umieścił w sklepie. Pudło natychmiast popękało w wielu miejscach. Oddał mi je do pocięcia na gałki do potencjometrów i podobne drobiazgi. A ja przeszlifowałem je, zakleiłem pęknięcia i po ponownym polakierowaniu sprzedałem mu je z powrotem – nie sprawiało już więcej problemów. Nie wiem, jaki z tego morał, ale lubię tę anegdotkę.

Ziricote to drewno zwane czasem meksykańskim hebanem, choć ani nie jest czarne, ani z hebanem nie ma nic wspólnego. Jest ciemno szare z czarnymi wstawkami, a naprawdę ładne kawałki wyglądają zachwycająco.

To mój ulubiony materiał na podstrunnice. Przypomina ładniejszy heban, a rysunek nie blednie z czasem i nie wyciera się pod palcami. Na pudła wychodzi bardzo drogo, a większość desek jest przy tym zbyt wąska – prawdopodobnie pnie odpowiedniej grubości rzadko występują. Drewno jest twarde i oleiste – kombinacja błyskawicznie zjadająca papier ścierny i ostrza wyrzynarek. Jeśli chcesz budować z niego pudło, użyj więcej ciepła to wyginania boków. Nie sprawiało mi problemów z pękaniem, ale charakterystyka wskazuje, że może się tak zdarzyć. Traktuj je jak palisander. To cenny materiał.

Wnioski

W dużym skrócie, jest to podsumowanie wielu lat mojej pracy z alternatywnymi gatunkami drewna. Mam nadzieję, że do czegoś ci się to przyda, a nie przestraszy za bardzo. Mnie wszystkie te doświadczenia wiele nauczyły. Nie wierzę już, że proste cięcie to wada. Nie wierzę, że gatunek drewna ma istotny wpływ na brzmienie. Nie zawracam sobie głowy strojeniem przez opukiwanie. Wierzę, że dobra robota i doświadczenie rzemieślnika są wszystkim w tej branży. Nie łudzę się, że cokolwiek z powyższego przekona osoby zanurzone po uszy w gitarowej mitologii, ale nie obchodzi mnie to. Większość z nich nigdy nie wykonała żadnego instrumentu.

Od redakcji: jako tekst gościnny, powyższy artykuł należy do autora i NIE JEST publikowany na licencji CC, jak inne materiały na tym blogu - miejcie to proszę na uwadze. Gdyby ktoś miał ochotę z autorem pogadać - johndogwood53@comcast.net