W krajach nie tak daleko od nas położonych bywa i tak, że ciężko się zdecydować, na który z festiwali ukulele w okolicy się wybrać w wakacyjny weekend. My takiego luksusu nie mamy. Kiedy więc przyszło do nas kilka miesięcy temu zaproszenie na pierwszą taką imprezę organizowaną w Czechach przez zdeterminowanego entuzjastę, z miejsca odpisałem: „oczywiście, że przyjedziemy!” Było warto.

Witamy w kraju piwa i ukulele

Únětice, choć z mapy wynikało, że to w zasadzie przedmieście Pragi, powitały nas nieoczekiwanie zupełnie niemiejskim klimatem. Urokliwa niska zabudowa, kręte uliczki w górzystym terenie, cisza, spokój i niespieszny tryb życia mieszkańców – wszystko to kojarzyło się bardziej z Toskanią, niż ze stolicą sporego kraju w sercu Europy. Sam festiwal został ulokowany w zabytkowym, ale czynnym browarze, co oprócz doskonałych warunków dla wszystkich punktów programu miało fantastyczny skutek w postaci taniego, świeżego i doskonałego czeskiego piwa.

Przyjechaliśmy na miejsce późnym wieczorem, gdy na scenie kończył się już powoli „open mic”. Szkoda, gdyż można było tam posłuchać festiwalowych wykonawców w zupełnie innej atmosferze, niż na zwykłym koncercie - w kameralnym gronie i w spontanicznym repertuarze. Na szczęście, wraz z zamknięciem sceny nikomu nie chciało się jeszcze odsypiać podróży, a gdy rozsiedliśmy się z instrumentami wśród opustoszałych już raczej stolików, schodzący ze sceny wykonawcy przysiedli się do nas!

I to jest najpiękniejszy przykład magii ukulele – bo serio, na ilu festiwalach muzycznych macie okazję zaprzyjaźnić się przy kuflu i wspólnie pomuzykować z gwiazdami, na których koncerty właśnie kupiliście bilety? Pograliśmy, pośpiewaliśmy i popiliśmy zatem wspólnie do późnej nocy, a nawet ewidentna przepaść w umiejętnościach nie przeszkadzała wszystkim w dobrej zabawie.

Święto ukulele

Sobotę, czyli główny dzień festiwalu, zaczęliśmy od warsztatów z mądrzejszymi od nas - dla większości z nas był to chyba pierwszy kontakt z nauką gry na ukulele w relacji z prawdziwym nauczycielem. Oby więcej takich na przyszłość, jednak nauka z filmików na youtube to nie to samo...

Tak "na gorąco" utrwalaliśmy wiedzę z warsztatów bluesowych:

Następnie spędziliśmy resztę wczesnego popołudnia chłonąc festiwalową atmosferę. Chyba nikt nas nie widział nigdy tylu ukulele w jednym miejscu! Jak na każdym porządnym festiwalu, była część komercyjna z instrumentami, gadżetami i płytami do kupienia (kupiliśmy wszystkie – serio…), obowiązkowe piwo i kiełbasa, mnóstwo wyluzowanych ludzi i wakacyjna atmosfera. A przede wszystkim – dźwięki ukulele zewsząd. Ze sceny, z głośników, ze stoisk, ze stolików, z kolejki po jedzenie… ukulele wszędzie i we wszystkich możliwych stylach i odmianach. Dla fanatyków uku– pełnia szczęścia.

Ukiści tacy, jak my

Część koncertowa zaczęła się po południu, a miejsca na widowni wypełniły się gęsto. Posłuchaliśmy ukulele we wszystkich możliwych zastosowaniach. Solowo w klasycznym repertuarze ze „złotego wieku”, w składzie dużego zespołu we współczesnym popie, w eksperymentalnych poszukiwaniach, w akompaniamencie prostym piosenkom i w pełnej ukulelowej orkiestrze. Ukulele, banjolele, uke elektryczne, uku liryczne, rockowe, plastikowe, zabytkowe, akustyczne i przetworzone cyfrowo – do wyboru, do koloru. Taki przekrój przed jeden wieczór może zrobić wrażenie na tych, którzy jeszcze powątpiewają w szerokie możliwości tego instrumentu. Fantastycznym zwieńczeniem całości było wspólne odegranie i odśpiewanie „Somewhere over the rainbow” przez wykonawców i widownię – znów coś, co tylko na festiwalu ukulele mogło by się wydarzyć:

O poszczególnych wykonawcach napiszemy jeszcze, mam nadzieję, osobne i obszerniejsze teksty, gdyż muzyka ich wszystkich jest warta poznania. Posłuchaliśmy między innymi standardowej orkiestry Ukulele Orchestra Jako Brno, bluesmana z Francji Yana Yalego, grającego inteligentny pop włocha Lorenzo Vignando zwanego Ukulollo, tradycjonalistę Ukulelezaza z Belgii z klasycznym repertuarem i klasycznym ukulele, czy też znanego wszystkim chyba Kena Middletona. Kulminacją wieczoru był dwugodzinny koncert największej gwiazdy – The D’Ukes. Ta brytyjska grupa opiera się na sprawdzonym „formacie” orkiestry ukulele, choć od klasycznej UoGB różni się nieco swobodniejszym podejściem i bardziej rockową energią na scenie. Formuła w stu procentach się sprawdziła, mało kto wytrzymał finałowy koncert na siedząco.

Nasza kolej?

Późnym wieczorem, gdy ze sceny technicy wynosili już sprzęt do ciężarówek, udało się jeszcze zasiąść na widowni na afterparty – znów z wykonawcami, którzy przed chwilą zeszli ze sceny, ale wciąż mieli ochotę z nami pograć i pośpiewać. Opuściliśmy potem niestety poranny open mic w niedzielę, gdyż czekała nas długa droga powrotna. Ale nakręciwszy się doskonałą imprezą, widząc entuzjazm publiczności, i po rozmowie z organizatorami, którzy najwyraźniej zaczynali od bardzo podobnego poziomu rozwoju ruchu ukulelowego, co my, wracaliśmy już poważnym postanowieniem – prędzej czy później dopniemy organizacji podobnej imprezy u nas.

Powiedzieliśmy po powrocie...

"(...) Nigdy nie widziałam tylu uke w jednym miejscu! Ponadto nie spodziewałam się, by instrument mógł tak bardzo otworzyć jednego człowieka na drugiego. Do domu wróciłam pełna entuzjazmu i chęci do dalszego samodoskonalenia. Mam nadzieję, że na następnym festiwalu pokonam swoją nieśmiałość i już odważniej uderzę w struny wraz z innymi. " - Magda

_"Super ! Mega ! Epic !" - _Piotrek i Iza

"Atmosfera festiwalu przypomniała mi te wspaniałe chwile z mojego życia, gdy podczas rodzinnych spotkań dziadek sięgał po akordeon i grał wszystko co zaśpiewaliśmy. Zbiorowe muzykowanie to coś, czego mi brakuje i do czego zawsze bardzo tęsknię. Aż żal mi było stamtąd wyjeżdżać." - Iwona

"No to był jak dla mnie szczyt ukulelowego szczęścia" - Monia

_"Pod płaszczykiem ruchu społecznego ukuleliści skrywają przyziemne cele polityczne" - _HGW

"_Hodor!" - _Hodor